My, dzieci z dworca Zoo. Christiane F. - Wir Kinder vom Bahnhof Zoo. 1981. 7,3 46 322 oceny. Strona główna filmu . Podstawowe informacje. Pełna obsada (40) Opisy (4)
Spektakl "Dzieci z dworca ZOO" to impresja na temat najważniejszych wątków poruszonych w książce i filmie. Taniec współczesny jako środek wyrazu jest w stanie spojrzeć na tę opowieść z innej strony i pokazać to, co do tej pory być może umknęło uwadze odbiorców.
Lena Urzendowsky - profil osoby w bazie Filmweb.pl. Filmografia, nagrody, biografia, wiadomości, ciekawostki.
Fast Money. Mini serial 2021 6g. 50m. od 18 lat Dramat Christiane, Stella, Babsi, Axel, Michi i Benno poznają się podczas undergroundowych imprez w pełnych narkotyków berlińskich klubach. Są silni, odważni i wiodą szalone życie w „raju”, który początkowo wydaje im się być feerią kolorów, brawury i ekscytacji. Centralną postacią i osią dla całej grupy jest Christiane, na życiu której ogromne piętno odcisnęło rozstanie jej rodziców. Dziewczyna ucieka z domu, by odnaleźć się w niezwykle kuszącym alternatywnym świecie. Zacieśniające się z biegiem czasu więzi między nastolatkami sprawiają, że członkowie grupy w hedonistycznych uniesieniach szukają kolejnych dreszczy emocji, przeżywając pełne euforii wzloty i mroczne, niebezpieczne wręcz, upadki. Podczas gdy ich życie i związki na zmianę rozwijają się i rozpadają, ich własne traumy wciągają ich w wir, z którego nie każdy jest w stanie uciec.
Słynny krytyk filmowy Robert Ebert napisał w 1982 roku, że My, dzieci z dworca Zoo to jeden z najbardziej przerażających filmów, jakie dane mu było obejrzeć w swoim życiu. Historia o nieletnich Niemcach umierających z przedawkowania narkotyków musiała robić w dniu premiery na widzach piorunujące wrażenie, aczkolwiek wydaje się, że równo czterdzieści lat po pierwszych kinowych seansach nie niesie już za sobą takiej mocy. Wszystko zaczęło się w Berlinie Zachodnim w roku 1978, kiedy to przed jednym z sądów toczył się proces przeciwko mężczyźnie oskarżonemu o korzystanie z usług niepełnoletnich prostytutek w zamian za narkotyki. W roli świadka na rozprawie pojawiła się szesnastoletni Christiane Felscherinow, która swoim zachowaniem od razu zwróciła uwagę dziennikarzy z magazynu Stern. Kai Hermann i Horst Reick na tyle zainteresowali się losem dziewczyny, że z pierwotnie zaplanowanego dwugodzinnego wywiadu pozostało znacznie więcej – setki minut nagrań spisanych w formie książki, która od razu po premierze wzbudziła mnóstwo kontrowersji. Na fali popularności pojawiła się szansa na ekranizację opowieści Christiane F., której reżyserem został debiutujący na wielkim ekranie Uli Edel. Wcześniej miał okazję realizować tylko krótkometrażówki i projekty dla telewizji, a tu pojawiła się okazja od razu do zmierzenia się z trudnym, zwłaszcza pod względem emocjonalnym, materiałem. W końcu mowa o historii młodych osób, które z tygodnia na tydzień staczały się na samo dno społecznego piekła, gdzie za pokarm służyły narkotyki, zaś za walutę – ich własne ciała. W przeciwieństwie do tegorocznego serialu My, dzieci z dworca Zoo, Edel w głównych rolach obsadził naturszczyków będących w tym samym wieku, co ich literackie pierwowzory. Wcielająca się w narratorkę i najważniejszą bohaterkę Natja Brunckhorst miała na planie filmowym czternaście lat. Jej wygląd robił piorunujące wrażenie – nakładany mocny makijaż tylko podkreślał dziecięcość twarzy, a pożyczane od filmowej matki buty na obcasie uwydatniły drobną posturę, tak bardzo absurdalnie prezentującą się na tle obskurnego dworca kolejowego, zasyfionych toalet i szaroburych ulic, na których czekała na kolejnych klientów. Choć na podstawie rozwoju fabuły dosyć łatwo można rozpisać trajektorię losów protagonistki – od rozbitego domu na obrzeżach Berlina przez uczęszczaną dyskotekę Sound aż do opustoszałych parkingów razem z obleśnymi klientami – to często brakuje związku między kolejnymi scenami, jak gdyby materiał był zbyt obszerny, przez co scenarzyści musieli często korzystać z nożyc, wycinając kolejne istotne elementy całości. Najlepiej to widać w kontekście sfery psychologicznej, prawie całkowicie pominiętej przez reżysera. Bardzo rzadko postacie mówią o swoich emocjach. Dochodzi do tego tylko w najbardziej kryzysowych sytuacjach, gdy są na narkotykowym głodzie i potrzebują choćby jednej dawki, dzięki której mogliby „normalnie” funkcjonować. Z drugiej strony wspomniana wyżej taktyka przynosi Edelowi zaskakujące, bardzo pozytywne efekty. Na przykładzie serialu My, dzieci z dworca Zoo widać dokładnie, jaka „moda” obecnie panuje wśród twórców – na potęgę eksploatuje się muzykę, którą usilnie próbuje się budować napięcie i wzbudzać emocje wśród widzów. Cisza jest zabiegiem prawie że zapomnianym. Tymczasem w filmie z 1981 roku w zasadzie nie mamy do czynienia z podłożoną ścieżką dźwiękową. Prawie każda wykorzystana piosenka, poza Heroes Davida Bowiego (chociaż słynny artysta wykonuje „na żywo” inny utwór ze swojego repertuaru) pochodzi ze świata przedstawionego. Uli Edel stawia na dźwięk diegetyczny, przez co w kluczowych momentach, na przykład w trakcie drastycznie pogarszającego się zdrowia Christiany wskutek zażycia narkotyków, panuje cisza. Odbiorcy nie są bombardowani kolejnymi bodźcami, pozostają sam na sam z cierpiącymi nieletnimi. Gdy doda się do tego jeszcze chłód bijący z niebieskoszarych kadrów, powstaje niesamowity efekt – forma pomaga w odzwierciedleniu atrofii uczuć i alienacji doznawanej przez obserwowane osoby. My, dzieci z dworca Zoo to szalenie trudny do sklasyfikowania film. Z jednej strony można odnaleźć w dziele Edela paradokumentalny styl, ciągoty do obserwacji pozbawionej moralnej oceny bohaterów. Reżyser woli podglądać aniżeli kreować i narzucać komuś własną wizję. Chce naturalistycznie oddać zgniliznę świata przedstawionego, przez co ustawia kamerę w taki sposób, by z lubością rejestrować wymioty Christiny albo strzykawki regularnie wbijające się w jej wątłe żyły. Artysta w kontrowersyjny (według mnie przesadzony) sposób pokazuje nagie ciała nieletnich, czego robić nie powinien niezależnie od podejmowanego tematu. Odważnym krokiem było zatrudnienie naturszczyków: na pewno młode twarze dodają realizmu, ale brak umiejętności aktorskich obnaża ubogie dialogi. Niektóre zachowania nastolatków wyglądają na totalną amatorszczyznę, a nie odgórnie zaplanowane działania. Również pod kątem technicznym ujawniają się zabawne braki. Scena „odwyku” Christiny i jej chłopaka przypomina kino klasy B, a ich pierwszy stosunek jest fatalnie zmontowany. Dzieło niemieckiego reżysera dalekie jest od socjologicznych wycieczek, twórcy zależy na swoich bohaterach, nie na interpretacjach znanej mu rzeczywistości, niemniej jednak nie sposób pominąć również tego aspektu jego filmu. Choć film My, dzieci z dworca Zoo jest historią o zgubnym wpływie narkotyków, to w tle przewija się depresyjny Berlin Zachodni. Niby za murem znajduje się gorszy świat, a to na często uczęszczanym dworcu znajdują się tabuny nastolatków, którzy mieli mieć przed sobą świetlaną przyszłość, a poprzez brak perspektyw i dojmujące poczucie beznadziei pogrążyli się w odmętach nałogu. Uli Edel specjalnie zatrudnił prawdziwych narkomanów i prostytutki, by udowodnić, że tuż pod nosem szybko bogacących się mieszkańców metropolii tworzy się drugi świat oparty na innych zasadach, zamieszkały przez ludzi z różnych względów wypchniętych poza margines. My, dzieci z dworca Zoo jest filmem, który pod wieloma względami źle się zestarzał. Mimo to seans czterdzieści lat po premierze nadal przynosi bolesną prawdę na temat straconej części berlińskiego pokolenia, któremu nie dane było odnaleźć szczęścia na swojej drodze. Wydaje się, że Uli Edel swoim dziełem wyważył pewne drzwi dla kolejnych produkcji, w których jeszcze mocniej i dosadniej eksploatowano wątek zgubnego wpływu narkotyków na ludzki organizm. Warto docenić niemiecką produkcję, niezależnie od efektów końcowych, za szczerość i odwagę w podejmowaniu trudnych tematów.
Książka o Christiane F. i jej życiu nastoletniej narkomanki ukazała się w Polsce w czasie, kiedy mniej więcej miałam tyle lat co ona, kiedy zaczęła brać. Dla mnie i moich znajomych – dzieci z okolic Dworca Wschodniego, była to bardzo ważna lektura, mówiąc dzisiejszym językiem: książka tylko że dla nas była ona przede wszystkim o życiu w innym świecie i wcale nie chodzi tu o narkotykowe odjazdy. Opowiadała o tym, jak naszym równolatkom żyje się za żelazną kurtyną, w tej lepszej, ciekawszej części Europy. Narkomania i wszystko to, co się z nią wiązało, wydawało się naturalną, a równocześnie fascynującą częścią tamtego świata, tak różnego od blokowiska w peerelu. W ten sposób książka stała się czymś na kształt mitycznej opowieści. Czy odstręczała od narkomanii – nie wiem. Myśmy nie mieli dostępu ani do haszyszu, ani do LSD, ani do heroiny. Tu dostępny był butapren i tri, więc – mówiąc słowami Herberta – niebranie było „kwestią smaku”, odmową poddania się socjalistycznym erzacom. Pozwoliłam sobie na ten osobisty wstęp, dlatego że nurtuje mnie powód, dla którego zdecydowano się przerobić książkę-wywiad z Christianą F. na przedstawienie baletowe. Zarówno scenariusz, jak i choreografia oraz reżyseria są autorstwa jednego człowieka – Roberta Glumbeka, tak więc spektakl jest jego autorskim można przeczytać w programie: „Spektakl Dzieci z dworca ZOO to impresja na temat najważniejszych wątków poruszonych w książce i filmie. Taniec współczesny jako środek wyrazu jest w stanie spojrzeć na tę opowieść z innej strony i pokazać to, co do tej pory być może umknęło uwadze odbiorców”. Szczególnie ta ostatnia zapowiedź wydała mi się intrygująca – co takiego można nowego powiedzieć ruchem, co umknęło w lekturze. Kiedy po latach wróciłam do książki o Christianie F., to nie wizje zachodniego świata, ale bardzo naturalistycznie oddane opisy walki z własnym ciałem w trakcie głodu narkotykowego, jak i odtruwania przebiły się na plan pierwszy. Choć ruch wydaje się bardzo dobrym środkiem do oddania poprzez ciało tego, co ciało odczuwa, sceniczna impresja na temat najważniejszych wątków książki poszła raczej w stronę romantycznego obrazu grupy młodych ludzi spotykających się gdzieś razem, spędzających ze sobą czas i tworzących dla siebie ważną grupę rówieśniczą. Narkomania z tego przedstawienia to zjawisko przeestetyzowane, bardzo piękne i fascynujące w oglądzie, do czego przyczynia się także użycie jako ścieżki dźwiękowej piosenek Davida Bowiego (słuchanych przez autentycznych bohaterów książki) oraz bardzo pięknej muzyki islandzkiego twórcy, Valgeira Sigurðssona, oraz eksperymentalnych utworów Ólafura Arnaldsa i Alice Sary z The Chopin Project, a także Johnniego Greenwooda, Haushki, Jóhanna Jóhannssona i w spektaklu mało jest przedstawiania fabuły z książki (można rozpoznać scenę odwiedzin w dyskotece SOUND czy ucieczkę przed policją na dworcu oraz śmierć Babsi) natomiast bardzo starannie i szczegółowo oddano scenę rozpadu rodziny Christiane, która stała się w ten sposób wyraźnym zaznaczeniem tego, dlaczego dziewczyna zaczęła brać narkotyki. W tej pierwszej scenie Christiane (Karolina Cichy-Szromnik) ubrana jest jeszcze w dziewczęcą pomarańczową sukienkę, taką samą w cytrynowym kolorze nosi jej siostra (Stephanie Nabet), obie swoim ruchem podkreślają jeszcze dziecięcość ich postaci. Z ich delikatnością kontrastuje pełen gwałtowności, by nie rzec – agresji, taniec między matką (Monika Marszałek) a ojcem (Vasyl Kropyvnyi). Ojciec odchodzi z siostrą, matka zostaje z Christiane. Jest to najbardziej narracyjna scena w całym spektaklu, reszta to bardziej impresje lub ruchowe wariacje wokół fabuły książki, ta ledwie jest zaznaczona przy pomocy zbiorowych układów, które przeważają, oraz kilku duetów. Tak więc poszczególne sceny nie tyle opowiadają o tym, co się zdarzyło się w życiu Christiane, lecz tworzą obrazy budujące nastrój wspólnoty. W ten sposób nie ona jest główną bohaterką, protagonistą staje się cała zbiorowość. Ona jest raczej kimś wprowadzającym nas w ten właściwym twórcą jest tajemnicza postać określona w programie jako Fatum (Maksim Yasinski). To ona wyłania się z mroku zaraz po tym, jak rodzina Christiane się rozpada. Ubrana jest jak awangardowy artysta – w czarne skórzane spodnie i surdut, ma bardzo jasną twarz, przypomina jakiegoś demona. To niewidzialny król podziemia, trzyma się od reszty na dystans, ale kieruje działaniami Christiane. To za jego sprawą wychodzi ona z dzieciństwa i przemienia się w narkomankę – znaną na świecie Christiane F. Zamienia dziecinną sukienkę na czarne leginsy, krótką czerwoną spódnicę i dżinsową kamizelkę. Jej strój, podobnie jak kostiumy innych postaci, spokojnie mógłby być codziennym ubiorem młodzieży w latach osiemdziesiątych: proste dżinsy, skórzane kurtki, flanelowe koszule w kratę zawiązane wokół w jakiej rozgrywa spektakl, sugeruje bliżej nieokreślone podziemia, w jakich może rozgrywać się akcja. Jest to duża ciemna hala z kilkoma ruchomymi kolumnami w tyle sceny oraz schodami prowadzącymi gdzieś na górę. Realność tej przestrzeni wzmacniają autentyczne ściany zamkowej opery pokryte graffiti, z których odłażą kolorowe, porwane plakaty. W tyle sceny widać rozliczne znaki zakazu, niektóre z nich zamazane są farbą. Z przodu sceny nieco komicznie wyglądają bardzo symetrycznie ułożone „śmieci” – każdy pojedynczo, w regularnych odstępach od innych. Dopiero kiedy w jednej ze scen tancerze rozkopują je na różne strony, ten element scenografii przestaje straszyć sztucznością. Jednoznacznie przestrzeń ta staje się halą dworcową w scenie śmierci Babsi, kiedy na ziemi leży ciało dziewczyny, a dookoła obojętnie mijają je postacie w prochowcach. Natomiast o wiele częściej odrealniają ją snujące się po scenie dymy oraz zawsze przytłumione, miękkie światło, jakim jest oświetlona. To odrealnienie oraz brak scen choćby nawiązujących do strasznych, drastycznych opisów głodu narkotykowego czy prostytucji, którą Christiane zarabiała na narkotyki, powodują, że owa taneczna impresja przywołuje jakiś poetycko-romantyczny obraz grupy narkomanów. Ich stopniowa degeneracja zaznaczona jest zaledwie w kilku momentach, kiedy ich taniec jest spowolniony czy wtedy, gdy tancerze wplatają w układ znaczące pocieranie przedramion. Najbardziej widoczne jest to w scenie otwierającej drugi akt, kiedy grupa narkomanów wędruje po scenie niczym Dzieci z dworca ZOO było dużą estetyczną przyjemnością dzięki świetnie i z energią wykonanym znakomitym układom tanecznym. Trudno było mi się tylko odnaleźć w tak daleko posuniętej estetyzacji tego, co uestetyzowane traci swoją moc oddziaływania. Narkomania to nie jest zjawisko, jak każde inne; tu pokazywane jest w swojej wersji upoetyzowanej, przez co traci swoją grozę – śmierć nastoletniej dziewczyny nie musi być od razu konsekwencją narkotyków, zdarza się też z innych powodów. W spektaklu staje się mało ważnym dodatkiem do niemal nostalgicznej opowieści o grupie rówieśników – ich młodości durnej i chmurnej, ale jednak pięknej. Dzięki temu szczeciński spektakl, mimo iż wykonawcy nie śpiewają, sytuuje się gdzieś między narkotycznymi wizjami z Hair a rodzimym musicalem, który rozgrywał się na stacji podziemnej kolejki. Nie jestem pewna, czy o taką „inną stronę” opowieści twórcom na Zamku w SzczecinieDzieci z dworca ZOOchoreografia i inscenizacja: Robert Glumbekscenografia: Wacław Ostrowskikostiumy: Tijana Jovanovićreżyseria świateł: Dawid Karolakobsada: Karolina Cichy-Szromnik, Paweł Wdówka, Maksim Yasinski, Monika Marszałek, Vasyl Kropyvnyi, Stephanie Nabet, Viola Daus, Nayu Hata, Emma McBeth, Filip Krzyżelewski, Piotr Nowak, Vladyslav Golovchuk, Żaneta Bagińska, Nadine de Lumé, Julia Kucharska, Roger Bernad, Łukasz Przespolewskipremiera:
recenzja filmu dzieci z dworca zoo